wtorek, 20 grudnia 2011

Norki pod specjalnym nadzorem

Ministerstwo środowiska zapowiada kontrolę hodowli drapieżników. To wstęp do zmiany prawa i objęcia ferm rygorystyczną kontrolą.

W weekend w tekście ''Miliard w norkach'' opisaliśmy, jak Ministerstwo Środowiska pracowało nad tzw. listą gatunków zwierząt obcych. Znalazła się na niej norka amerykańska, której w Polsce hoduje się 4 mln sztuk. Zwierzęta są usypiane gazem i sprzedawane, głównie na eksport. Hodowcy mają dzięki temu ponad 1 mld zł rocznie. Naukowcy uważają jednak, że norka ucieka z ferm i wyniszcza rodzime gatunki zwierząt.

Lista, w formie rozporządzenia, weszła w życie we wrześniu. Ministerstwo Środowiska, wbrew podległej sobie opinii Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, norkę z listy skreśliło, więc pojawiła się groźba, że hodowle nie będą właściwie nadzorowane. Janusz Zaleski, sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska i główny konserwator przyrody tłumaczy nam, że zrobiono to m.in. po uwzględnieniu informacji inspektoratu ochrony środowiska. Zapewniał on resort, że fermy są należycie kontrolowane.

W artykule ujawniliśmy jednak raport NIK, który badał nadzór nad fermami w Wielkopolsce będącej hodowlanym zagłębiem. Izba nadzór ten miażdży. Przykład: jeden z lekarzy twierdził, że skontrolował wiele ferm jednego dnia, ale dystans, jaki musiałby pokonać, uniemożliwiał to, więc NIK powiadomił prokuraturę, że mogło dojść do fałszerstw. Izba podsumowuje też: prawie 90 proc. ferm nie przestrzega przepisów środowiskowych, połowa jest użytkowana w nielegalnych budynkach, a co trzecia łamie przepisy weterynaryjne.

Janusz Zaleski: - Wyniki kontroli NIK oznaczają, że zawiodły niektóre z instytucji. Zlecamy inspekcji ochrony środowiska kontrolę ferm w całym kraju. Jeśli podobnie jak NIK, wykaże nieprawidłowości, wciągniemy norkę na listę, by była poddana właściwemu nadzorowi.

To właśnie inspektorat ochrony środowiska również zapewniał resort, że ucieczki norek z hodowli są incydentalne. Podobnie twierdzili naukowcy, którzy lobbowali wespół z hodowcami, by norkę z listy usunąć. Dowodzili, że norki po ucieczce szybko umierają, tyle że badania, na które się opierali, dotyczyły obszaru północno-wschodniej Polski, gdzie hodowli prawie nie ma. Przywoływali też pracę naukową z Danii, która jest potentatem hodowli norek. Pominęli z niej jednak informację, że ponad 80 proc. norek żyjących tam dziko uciekło właśnie z hodowli.

Zaleski: - Dlatego zwrócimy się do naukowców o rzetelną, pogłębiona opinię na temat wpływu norek hodowlanych na środowisko.

W tym roku w renomowanym czasopiśmie naukowym ''Diversity and Distributions'' opublikowano badania wskazujące, że w Polsce na wolności żyją też norki, które uciekły z ferm. Na podstawie badań DNA naukowcy udowodnili, że norka charakteryzuje się u nas olbrzymią różnorodnością genetyczną, bo dzika populacja zasilana jest właśnie zwierzętami z hodowli. Skutek? Dalsza ekspansja drapieżnika w naszym kraju i zagrożenie dla niektórych gatunków rodzimych zwierząt.

Ministerstwo Środowiska zwróci się do inspektoratu nadzoru budowlanego, by sprawdził, w jakim stopniu fermy są nielegalnie wybudowane lub użytkowane, co również ustalił NIK, a Ministerstwo Rolnictwo zleciło kontrolę inspektoratów weterynaryjnych, którym Izba zarzuciła fałszerstwa.

Źródło: Gazeta Wyborcza 03.11.11 |  http://wyborcza.pl/1,75478,10585478,Norki_pod_specjalnym_nadzorem.html#ixzz1h5BWl4DA

Karpie bez wody - makabryczna scena z hipermarketu

Drastyczne zdjęcia duszących się karpi przysłał do nas czytelnik. Scena, jakiej był świadkiem, miała miejsce w sobotę w hipermarkecie Tesco na terenie wrocławskiego Centrum Handlowego Marino
 
- Karpie były stłoczone w wannie. Nie mogły oddychać. Sprzedająca zgarniała je łopatą. Zwróciłem kobiecie uwagę, jej mina była bezcenna - relacjonuje nasz czytelnik.

Co na to przedstawiciele sieci Tesco
Polska? Rzecznik prasowy Michał Sikora poprosił najpierw o przesłanie zdjęć. Po ich obejrzeniu stwierdził, że ten obrazek to nie jest w Tesco norma, a zdjęcia wykonano w momencie wymieniania wody.
 
- Zgodnie z wytycznymi Głównego Lekarza Weterynarii w sprawie postępowania z żywymi rybami będącymi przedmiotem sprzedaży detalicznej karpiom w basenach wymienia się wodę przynajmniej raz na 48 godzin, w praktyce zaś nawet częściej - tłumaczy rzecznik sieci Tesco. - Zdjęcie zostało wykonane właśnie w momencie wymieniania wody. Stąd niewielka jej ilość, przy dużej liczbie pływających karpi.

Michał Sikora przyznaje, że doszło jednak do niedopatrzenia ze strony sklepu. - Wodę należy wymieniać przy pustym zbiorniku, z którego ryby na ten czas powinny być przełożone do innego pojemnika z wodą - mówi Sikora.

Ale nasz czytelnik dodaje, że w czasie gdy - wraz ze swoją znajomą - kłócili się z przedstawicielami sklepu o warunki, w jakich zwierzęta są przechowywane, z magazynu przywieziono kolejny zbiornik z karpiami: - Wyglądał tak samo, czyli ogromna ilość ryb i znikoma wody. Na miejscu pojawiła się kierowniczka stoiska. Próbowała nas przekonać, że karpiom nie dzieje się krzywda i że dotąd klienci się nie skarżyli.

Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław 19.12.2011
http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,10844417,Karpie_bez_wody___makabryczna_scena_z_hipermarketu.html#ixzz1h4AQxeUO

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Co roku od porażenia prądem na słupach i stacjach transformatorowych giną w Polsce tysiące bocianów

Od porażenia prądem na słupach i stacjach transformatorowych giną co roku w Polsce tysiące bocianów. Można to zmienić - przekonują autorzy publikacji na łamach najnowszego "Conservation letters". Dowodzą też, że niewielka modyfikacja tych urządzeń pozwala w pełni zapobiegać bocianim wypadkom, i jednocześnie ogranicza straty w energetyce.
Gęsta sieć instalacji elektrycznych to jeden ze znaków obecności człowieka, od pół wieku na stałe obecny w krajobrazie Polski. Tysiące słupów i rozciągniętych nad ziemią przewodów nie są jednak obojętne dla niektórych zwierząt. "Jedną z grup najbardziej wrażliwych są bociany - ptaki duże i mocno związane z okolicami, w których żyje człowiek. Bardzo często korzystają ze słupów, siadają na nich, zakładają gniazda" - wylicza w rozmowie z PAP jeden z autorów publikacji, dyrektor Instytutu Zoologii Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, prof. Piotr Tryjanowski.

Prowadzone przez 16 lat obserwacje pokazały, że co roku w Europie w kolizjach z elementami sieci energetycznej ginie 6 proc. bocianów dorosłych i aż jedna czwarta młodych. Często brak im szczęścia przy lądowaniu na źle izolowanych słupach albo drutach. Zdarza się, że na przewody wpadają w locie. "Młode giną, kiedy jeszcze słabo latają. W dodatku z uporem wracają do gniazda, stojącego często na wierzchołku słupa, tuż obok drutów" - opowiada prof. Tryjanowski.

Trudno dokładnie powiedzieć, ile procent "polskich" bocianów ginie w takich wypadkach. Ostrożne szacunki mówią o tysiącach. Według profesora może to być najpoważniejsze źródło ich śmiertelności, "być może przewyższające nawet śmiertelność naturalną. Na podstawie badań ankietowych i informacji od rolników, którzy znajdowali martwe ptaki, można szacować, że kolizje elektryczne odpowiadają mniej więcej za 70 proc. śmiertelności wśród bocianów" - mówi.

Aby ocenić skalę zjawiska, przez kilka sezonów ochotnicy i pracownicy rejonów energetycznych gromadzili na terenie środkowo-wschodniej Polski informacje nt. kolizji bocianów ze słupami, transformatorami i drutami. Ustalono, że co roku na terenie województwa mazowieckiego z powodu porażenia prądem na słupach średniego napięcia ginie około 550 tych ptaków.

"Liczyliśmy tylko te przypadki, które spowodowały przerwy w dostawie prądu i wyjazd pogotowia energetycznego, kiedy trzeba było zdejmować martwego ptaka z instalacji. Do tego można jednak doliczyć nawet dwieście przypadków, w których porażony ptak od razu spadł, a trakcja nie wymagała naprawy" - opowiada inny autor publikacji, przyrodnik Ireneusz Kaługa z Towarzystwa Przyrodniczego "Bocian". Niektóre miejsca okazały się szczególnie problematyczne. "Przy jednym ze słupów w okolicy Siedlec jednego dnia znaleźliśmy aż 16 martwych bocianów!" - mówi.

Autorzy badania dowiedli jednak, że bociany wcale nie muszą tak ginąć. Wykazali, że nawet niewielkie modyfikacje słupów pozwalają skutecznie chronić ptaki i wyeliminować ich śmiertelność z powodu wypadków. Wystarczy tylko wymienić na słupach jedno z urządzeń (tzw. rozłącznik), a nowy zainstalować w nieco innym miejscu. Do tej pory rozłączniki znajdowały się na wierzchołku słupa, tam, gdzie najchętniej siadają bociany. Obniżenie rozłączników i przesunięcie ich w bok powoduje, że na szczycie słupa powstaje... bezpieczna grzęda.

W ramach projektu zmodernizowano ok. 80 słupów i stacji transformatorowych w kilku rejonach energetycznych, m.in. Ostrołęki, Łukowa, Garwolina, Siedlec, Mińska Mazowieckiego. Zmiany wprowadzano zwłaszcza tam, gdzie wcześniej ginęło najwięcej ptaków. Modernizacja jednego słupa kosztuje prawie 5 tys. złotych, z czego połowa to koszt nowego rozłącznika (kupiła je Fundacja Ekofundusz i sponsor), a reszta to koszty wymiany, które poniósł Zakład Energetyczny Warszawa Teren.

Ireneusz Kaługa sprawdzał, czy zmiany dały efekt. "Kontrolowałem, czy pod słupami nadal trafiają się ptaki. Nie znalazłem nawet pióra! Modernizacja słupów eliminuje zjawisko śmiertelności na urządzeniach" - podkreśla. Jego zdaniem zmiany na 80 urządzeniach pozwoliły tylko w jednym roku uratować 120 - 130 bocianów.

Zdaniem przyrodnika, modernizacją słupów - która pozwala ograniczyć straty - zainteresowani są sami energetycy. "Martwe ptaki zawieszone na przewodach to przerwa w dostawie prądu. Jeśli do porażenia doszło na słupach średniego napięcia, może to oznaczać konieczność odłączenia dużej linii energetycznej, całych wsi. Trudno też ocenić, ile kosztuje kilkugodzinna praca ekipy, wyruszającej w teren na poszukiwania uszkodzonego słupa" - zaznacza.

"Pokazaliśmy efekt działań, które na dużą skalę mogą być dość kosztowne, ale pozwalają chronić populację bocianów i jednocześnie unikać niepotrzebnych kosztów w energetyce i gospodarstwach" - dodaje Ireneusz Kaługa. - Nie liczę, że z dnia na dzień wymienimy kilka tysięcy urządzeń, bo to dużo kosztuje. Chodziło jednak o to, by upowszechnić nowe podejście. Jeśli ktoś stawia nowe słupy, niech od razu sięga po bezpieczne rozwiązania". Przyrodnik poinformował, że już teraz robią tak przeszkoleni energetycy z województwa mazowieckiego. 


Źródło: http://www.ekonews.com.pl/pl/0,249,9652,co_roku_od_porazenia_pradem_na_slupach_i_stacjach_transformatorowych_gina_w_polsce_tysiace_bocianow.html

Prezydent kupił strzelbę. Czy powinien wrócić do polowania?

Warta ponad 8 tys. zł broń ma być prezentem dla bardzo ważnej osobistości.

To informacja z dzisiejszego ''Super Expressu''. Jak czytamy, broń jest oryginalną kopią strzelby produkowanej w Cieszynie od połowy XVI w., z kilku stopów metalu, drzewa gruszy, masy perłowej i srebra. Działa na klucz, którym naciąga się zamek i na czarny proch. Wykonała ją ostatnia istniejąca pracownia rusznikarska w Cieszynie i można z niej strzelać ołowianymi kulami kaliber 9 mm. Jest ponoć ''idealna do polowań na ptactwo siedzące'' i ma być prezentem dla ''bardzo ważnej osobistości''.

Zakup broni nie oznacza, że prezydent wraca do polowania. Przypomnijmy, że w kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski, zapalony myśliwy obiecał, że strzelbę zamieni na aparat fotograficzny. Co rusz pojawiają się jednak informacje, że chciałby wrócić do swojej pasji. W TOK FM mówił we wrześniu (po półtora roku myśliwskiej abstynencji), że chadza na polowania z przyjaciółmi, choć tylko oni strzelają, żartował, że to jak picie bezalkoholowego piwa.

''Wprost'' cytowało z kolei przyjaciela prezydenta, który zapowiadał: "Chcemy zorganizować polowanie Komorowskiego z królem Hiszpanii. Pokazanie Bronka ze sztucerem w takich okolicznościach będzie lepiej odebrane przez społeczeństwo. Bronek nie może tak po prostu wyjść z lasu i strzelać. Chcemy pokazać, że niejedna koronowana głowa państwa poluje."

Źródło:
http://wyborcza.pl/1,75248,10827886,Prezydent_kupil_strzelbe__Czy_powinien_wrocic_do_polowania_.html#ixzz1gyYX69gn

czwartek, 15 grudnia 2011

Włośnica w Poznaniu: 7 zarażonych, kolejnych 7 na badaniach

Od wtorku na oddziale Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych szpitala przy ulicy Przybyszewskiego przebywają osoby, które kilkanaście dni temu spożyły surowe mięso z dzika.

Jak informuje Cyryla Staszewska z powiatowego Sanepidu, kiełbasę z surowego mięsa spożyło 14 osób. - 13 z nich to mieszkańcy okolic Kórnika. Jedna osoba pochodzi z Nowego Tomyśla. Wszyscy to osoby dorosłe - mówi.

Pierwsi zarażeni trafili do szpitala klinicznego przy ulicy Przybyszewskiego już we wtorek. - Było to pięć osób. Dwie kolejne dołączyły do nich w środę i czwartek. Pozostała siódemka została skierowana na badania do lekarza. Mogą być zarażeni, ale nie muszą. Wszystko zależy od tego, ile mięsa zjedli.

Mięso, z którego przygotowano 15 kilogramów kiełbasy, zostało przebadane. - Niestety, ale przed spożyciem nie zostało poddane żadnej obróbce. Rodzina i znajomi myśliwego, który upolował dzika, zjedli surowe mięso.

Włośnica może być śmiertelna. Objawy? - Bardzo podobne do grypy, ale dodatkowo występuje biegunka, przekrwienie oczu i obrzęk oczu. Na pewno nie wolno tego lekceważyć - podkreśla Staszewska.

Ostatni przypadek włośnicy w Poznaniu miał miejsce 6 lat temu. Wówczas zaraziło się nią 35 osób. Nie było przypadków śmiertelnych.


Źródło: http://epoznan.pl/news-news-29431-Wlosnica_w_Poznaniu_7_zarazonych,_kolejnych_7_na_badaniach

wtorek, 13 grudnia 2011

Zastrzelili dzika, bo nie było czym go uśpić (Tomaszów Mazowiecki)

Potężny, około stukilogramowy odyniec grasował nocą po osiedlu Niebrów. Dopiero rano udało się go zagonić na pusty teren po byłym Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Zwierzę leżało spokojnie w pobliżu ulicy ks. Skorupki. Miejsce to zabezpieczali policjanci, strażacy, ratownicy medyczni i lekarz weterynarii. Akcją dowodził kierownik Referatu Zarządzania Kryzysowego, który dopiero po kilku godzinach podjął decyzję o odstrzale. Do naszej redakcji wciąż dzwonią czytelnicy zbulwersowani taką decyzją. Już nieraz pisaliśmy o problemie dzikich zwierząt na terenach zamieszkałych. Niestety władze Tomaszowa i powiatu nadal nie wypracowały żadnych procedur.
Zamieszanie, bo tak można w skrócie nazwać całą akcję związaną z wielkim odyńcem, rozpoczęło się w niedzielę (4 grudnia) o godz. 1.30, kiedy to dyżurny policji otrzymał zgłoszenie o dziku wałęsającym się w pobliżu Zespołu Szkół nr 4. Wysłany na miejsce patrol nie potwierdził jednak niepokojących informacji. Kolejny telefon w tej sprawie dyżurny odebrał o godz. 8.00. Jeszcze raz wysłał patrol. Tym razem funkcjonariusze zauważyli potężnego dzika chodzącego w okolicach bloków. Zagonili go na pusty teren, gdzie niegdyś mieściła się siedziba MOPS. Zwierzę położyło się między żywopłotem a zdewastowanym ogrodzeniem, dwa metry od chodnika przy ul. ks. Skorupki. Odyniec był nadzwyczaj spokojny. Na miejsce zjechały radiowozy, w sumie kilkunastu policjantów z różnych wydziałów, jeden zastęp PSP, przybył również Leszek Jakubowski, kierownik Referatu Zarządzania Kryzysowego i Spraw Obronnych Urzędu Miasta. Ściągnięto karetkę pogotowia i lekarza weterynarii Macieja Kejnę. Ulica Skorupki została zamknięta. Teren po MOPS obstawiony. O godz. 9.30 dzik leżał spokojnie, prawdopodobnie nawet spał.
Mimo że sytuacja wyglądała na opanowaną, nikt nie miał pomysłu, co robić dalej. Były problemy z ustaleniem, kto tak naprawdę kieruje akcją i kto powinien podjąć ostateczną decyzję w sprawie dalszego losu dzika. Stwierdzono w końcu, że skoro dzikie zwierzę przebywa w granicach miasta i może stwarzać zagrożenie dla ludzi, to instytucją kompetentną do rozwiązania problemu jest Urząd Miasta, a dokładnie jego przedstawiciel - Leszek Jakubowski.
Dla wszystkich funkcjonariuszy i ratowników, jak również dla kierownika Referatu Zarządzania Kryzysowego było jasne, że zwierzę powinno zostać uśpione i wywiezione do lasu. Pojawiały się jednak kolejne problemy. Jeżeli uśpić, to kto ma się tym zająć i czym ma to zrobić? Okazało się bowiem, że miasto i inne samorządy naszego powiatu, ani żadne służby nie posiadają urządzenia do aplikacji środka usypiającego działającego na odległość. Wprawdzie w schronisku dla bezdomnych zwierząt było kiedyś tego typu urządzenie pneumatyczne, ale ponoć zostało zniszczone. Maciej Kejna podjął się niebezpiecznego zadania i chciał dzikowi zaaplikować środek usypiający strzykawką. Ubezpieczać miał go jeden ze strażaków. Okazało się, że dzik był jednak czujny. Gdy mężczyźni próbowali się do niego zbliżyć, wstał. Nie był jednak agresywny. Zaczął ryć w liściach. Weterynarz zrezygnował. I znów nastał długi czas debatowania, co dalej? Niektóre osoby biorące udział w akcji, w tym jedna będąca myśliwym, stwierdziły, że takie zachowanie odyńca jest nienaturalne. Sugerowano, że musi być chory. Maciej Kejna nie chciał jednak tego potwierdzić. - Nie możemy być tego pewni - mówił. - Zwierzę nie jest również ranne, bo wstało i normalnie się przemieszcza.
Przez cały czas policjanci musieli przeganiać gapiów, którzy próbowali z różnych stron podejść jak najbliżej zwierzęcia. Nadal nie było wiadomo, co począć z odyńcem. W tym czasie dyżurny policji wydzwaniał do różnych instytucji w całym województwie, szukając broni pneumatycznej przeznaczonej do usypiania zwierząt i osoby jej obsługującej. W międzyczasie pojawiła się sugestia, by dzika zastrzelić. Taką opinię w końcu zaczął wyrażać Leszek Jakubowski. I znów był problem. Jeżeli tak, to kto ma to zrobić i na czyje polecenie? Policja stanowczo odmówiła, tłumacząc, że nie posiada odpowiedniej broni do tego celu. Mogliby do dzika strzelić, ale tylko w przypadku, gdyby zagrażał bezpośrednio bezpieczeństwu ludzi, czyli musiałby kogoś zaatakować. Funkcjonariusze przywieźli jednak na wszelki wypadek broń strzelającą siatką obezwładniającą. Jej użycie byłoby możliwe tylko w przypadku, gdyby zwierzę zostało wypłoszone na otwarty teren. Rozwiązanie nie dawało jednak gwarancji skutecznego schwytania odyńca. Byłoby to zresztą zadanie niełatwe, a zdaniem niektórych, ze względu na wagę i siłę dzika, wręcz niemożliwe. Czas płynął. W końcu ustalono, że choć zwierzę jest spokojne, zagraża bezpieczeństwu ludzi. Leszek Jakubowski podjął decyzję o ściągnięciu na miejsce myśliwego, który zastrzeliłby odyńca. Pojawiły się jednak wątpliwości, czy odstrzał będzie zgodny z prawem? Na miejsce ze sztucerem przyjechał Ryszard Struś, myśliwy z wieloletnim doświadczeniem, łowczy Wojskowego Koła Łowieckiego ?Hubal?. Nie chciał jednak strzelać bez pisemnego upoważnienia prowadzącego akcji. Leszcze Jakubowski nie miał takiego pisma, sporządził je odręcznie na kartce z notatnika. Nawet po tym nie zamilkły jeszcze dyskusje, czy zwierzę powinno zostać zastrzelone. Osoby zabezpieczające miejsce akcji coraz bardziej były zdegustowane jej przebiegiem.
Policja wstrzymała ruch samochodów i pieszych w całej okolicy. Gdy myśliwy był już gotowy do oddania strzału, policjanci poprosili jeszcze o dwadzieścia minut zwłoki, gdyż dyżurny próbował jeszcze zorganizować broń pneumatyczną. W końcu Leszek Jakubowski dał zezwolenie myśliwemu. O godz. 10.55 Ryszard Struś z kilku metrów strzelił do leżącego i spokojnego nadal dzika z dubeltówki. Mimo celnego strzału w łeb, dzik zdychał jeszcze około dziesięciu minut. Gdy lekarz weterynarii, Maciej Kejna, stwierdził zgon dzika, myśliwi z trudem załadowali potężnego odyńca na samochód i wywieźli. Akcja została zakończona. Zniesmaczone służby rozjechały się.
W tym roku na terenie miasta doszło już do kilku tego typu zdarzeń. Wszystkie były z udziałem saren. Kilka udało się schwytać, były jednak i sztuki odstrzelone.

PS O problemie dzikich zwierząt na terenie miasta i gmin, bo dziki w pewnym czasie panoszyły się również po Nowym Glinniku, pisaliśmy już nieraz. Niestety niedzielne zamieszanie z odyńcem to kolejny dowód na to, że władze miasta, powiatu, gmin oraz inne instytucje i służby, nie są przygotowane do tego typu sytuacji. Główną przyczyną chaosu są nieprecyzyjne przepisy i brak porozumienia, a może nawet urzędnicza spychologia. Według prawa dzikie zwierzęta, nazywane również wolno żyjącymi, są własnością Skarbu Państwa. Leśnicy, interpretując zapisy, twierdzą jednak, że mogą zajmować się zwierzętami dzikimi, ale tylko na własnych terenach. Miasto do nich nie należy. W tym samym tonie wypowiadają się również myśliwi. Zdaniem specjalistów, dzikimi zwierzętami na terenach miejskich i gminnych powinna zająć się specjalnie wyszkolona i wyposażona komórka samorządu lub ewentualnie schroniska dla zwierząt. Urzędnicy z naszych samorządów twierdzą jednak, że do zadań gmin należy jedynie rozwiązywanie problemów takich jak bezdomności zwierząt hodowlanych i domowych. Określa to ustawa o ochronie zwierząt i o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Mimo rozbieżności w interpretowaniu prawa w wielu miastach uporano się z problemem i podpisane zostały umowy nawet między kilkunastoma podmiotami, tj. lekarzem weterynarii, schroniskiem, prezydentem, wydziałami magistratu, Strażą Miejską, policją, strażą pożarną, strażnikami leśnymi, myśliwymi. I system funkcjonuje.
Po kilku interwencjach z dzikimi zwierzętami na terenie Tomaszowa i powiatu pojawił się pomysł opracowania procedur działania i u nas. Odbyło się spotkanie na szczeblu powiatowym. Do porozumienia jednak nie doszło. - Wszystko przez niejasne zapisy prawne - mówi Marianna Osuch-Wypych, naczelniczka powiatowego Wydziału Zarządzania Kryzysowego. - Ustawodawca wskazał kilkanaście instytucji, które powinny reagować w takich sytuacjach, ale nie wskazał wiodącego. Wystąpiliśmy do wojewody o interpretacje prawne. Mimo wielu zawiłości i niejasnych sytuacji chcemy doprowadzić do opracowania sytemu działania w ramach zadań własnych.
Leszek Jakubowski z magistratu zapewnia, że miasto włączy się do współpracy. To już jednak słyszeliśmy kilkakrotnie i to dawno temu. Tymczasem po odstrzeleniu dzika opinia publiczna ponownie domaga się rozwiązania problemu i to nie za pomocą myśliwych i broni palnej. Zdaniem naszych czytelników, którzy licznie do nas dzwonią, dzikie zwierzęta przebywające na terenach zamieszkałych powinny być usypiane i wywożone do lasu. Naszym zdaniem najprostszym rozwiązaniem byłoby złożenie się samorządów i zakupienie broni pneumatycznej strzelającej środkiem usypiającym i przeszkolenie chociażby dwóch osób, które by ją obsługiwały. Komórki zarządzania kryzysowego podejmowałyby decyzję o schwytaniu dzikiego zwierzęcia, a na przykład weterynarze na podstawie umowy o dzieło usypialiby je. Pozostawałoby jeszcze wyjaśnienie kwestii transportu zwierzęcia i mamy problem rozwiązany.

Źródło: http://www.tomaszow-tit.pl/artykul,Zastrzelili_dzika__bo_nie_by%C5%82o_czym_go_uspic,9435.html

Zastrzelił żonę - myślał, że to dzik

Fatalna pomyłka w czasie polowania. Mężczyzna śmiertelnie postrzelił swoją żonę. Zeznał, że w ciemności widział tylko kontury postaci i myślał, że to dziki.
O sprawie napisała wrocławska "Gazeta Wyborcza". Do tragedii doszło w sobotę późnym wieczorem na polanie objętej nadzorem przez koło łowieckie "Ponowa" w miejscowości Niemcza koło Dzierżoniowa.

Mężczyzna czekał na zwierzęta, kiedy zza krzaków wyszły trzy osoby, w tym jego żona. Myśliwy strzelił myśląc, że to zwierzęta. Trafił w kobietę, która zmarła mimo reanimacji.

40-latek był trzeźwy i miał odpowiednie uprawnienia. Broń została zabezpieczona przez policję. Sprawę bada prokuratura.


Źródło: http://www.tvn24.pl/-1,1717117,0,1,zatrzelil-zone-_-myslal--ze-to-dzik,wiadomosc.html | tvn24